
Naznaczeni bólem. Ranny Cihan rozpoczyna bezlitosne odliczanie do wygnania Hanser.
Przekroczcie progi rezydencji, w której bogactwo i luksus nie potrafią uleczyć krwawiących ran – ani tych na ciele, ani tych w sercu. Za ciężkimi, zamkniętymi drzwiami sypialni rozgrywa się cichy, lecz porażający dramat, od którego nie sposób oderwać wzróku. Poznajcie Cihana, mężczyznę o krok od śmierci, który teraz, wciąż osłabiony, toczy bezwzględną walkę o własną niezależność. Kiedy powietrze w rezydencji staje się gęste od mrocznych intryg jego matki, Mukadder, której knowania niemal doprowadziły go do grobu, oraz jadowitych szeptów przebiegłej Beyzy, mury domu zaczynają dusić. A w samym epicentrum tego chaosu stoi ona, Hanser – dziewczyna uwięziona między troską, niezrozumieniem a narastającym chłodem. Kiedy Cihan resztką sił i z grymasem bólu na twarzy chwyta za ołówek, by nakreślić na papierze jedną ostrą linię, zegar zaczyna tykać. „Dzień pierwszy” – te słowa padają jak wyrok. Rozpoczyna się bezlitosne, bolesne odliczanie do jej ostatecznego odejścia. Dlaczego Cihan z premedytacją łamie serce kobiecie, która czuwa przy jego łóżku? Czy mrok gabinetu i upływający czas na zawsze zniszczą to, co między nimi pozostało, czy też siedem dni wystarczy, by obrócić ten okrutny plan w pył? Przygotujcie się na opowieść pełną tajemnic, zdrady i łez, w której każdy kolejny dzień zbliża bohaterów do nieuchronnego końca lub szokującego początku. Wejdźcie w ten świat, jeśli starczy wam odwagi.
Napięcie, które nie chciało opaść. W sypialni Cihana panowała cisza tak ciężka, jakby ktoś zamknął w niej cały ból ostatnich dni i nie pozwolił mu wydostać się na zewnątrz. Zasłony były częściowo odsunięte, ale światło, które wpadało do pokoju, nie niosło ze sobą ukojenia. Rozlewało się po ścianach blade i chłodne, muskając ciemne drewno mebli, szklankę wody stojącą na stoliku nocnym, opakowania lekarstw ułożone w równym rzędzie oraz twarz mężczyzny, który leżał nieruchomo w łóżku, próbując ukryć przed światem własną słabość. Cihan miał zamknięte oczy, lecz Hanser wiedziała, że nie śpi. Poznałaby to po jego oddechu – zbyt czujnym, zbyt napiętym, zbyt mocno kontrolowanym. Po każdym głębszym wdechu jego szczęka zaciskała się nieznacznie, jakby nawet powietrze, które wpuszczał do płuc, musiało przejść przez mur dumy i bólu. Rana nadal dawała o sobie znać. Wystarczył najmniejszy ruch, by przez jego twarz przebiegł cień cierpienia. A mimo to ani razu nie poprosił o pomoc wprost. Ani razu nie pozwolił sobie na słowo, które mogłoby zabrzmieć jak słabość.
Hanser stała przy łóżku i patrzyła na niego z mieszaniną troski, winy i cichej rozpaczy. Jej dłonie, delikatne i drżące, poprawiały pościel przy jego ramieniu, choć materiał już leżał idealnie. Robiła to tylko po to, by mieć jakiś powód, by pozostać blisko, by nie stać bezczynnie, nie czuć się jak intruz w pokoju człowieka, którego kochała, a który od kilku godzin patrzył na nią tak, jakby sam nie wiedział, czy chce ją zatrzymać, czy odepchnąć na zawsze. – Nie musisz tego robić – odezwał się Cihan cicho, nie otwierając oczu. Hanser zamarła. – Chciałam tylko, żeby było ci wygodniej. – Jest mi wystarczająco wygodnie. Nie było w tym zdaniu gniewu. Przynajmniej nie tego otwartego, gwałtownego. Był chłód, a chłód Cihana bolał ją bardziej niż krzyk. Krzyk można było zrozumieć. Można było w nim znaleźć ranę, gniew, rozpacz. Chłód był jak zamknięte drzwi, jak mur, o który człowiek rozbija dłonie, aż zaczyna krwawić, lecz po drugiej stronie nikt nie odpowiada. Hanser cofnęła ręce i spuściła wzrok. – Dobrze – szepnęła. – Nie będę ci przeszkadzać.
Chciała odejść kilka kroków, usiąść na fotelu przy oknie, trwać tam w milczeniu, tak jak trwała od rana, gdy nagle klamka poruszyła się bez pukania. Drzwi otworzyły się szeroko i do pokoju weszła Mukadder. Wystarczyła sekunda, by atmosfera zgęstniała jeszcze bardziej. Cihan otworzył oczy natychmiast. W jego spojrzeniu pojawił się błysk irytacji, ostry i zimny jak stal. Uniósł się nieznacznie na poduszkach, ale ból od razu przypomniał mu, że ciało nie słucha już jego rozkazów tak jak dawniej. Zacisnął usta, powstrzymując syknięcie, lecz nie powstrzymał gniewu. – Co ty tu robisz? – zapytał głosem niskim, napiętym. – Czy ja nie powiedziałem wyraźnie, że nikt ma nie wchodzić do tego pokoju bez zapowiedzi? Mukadder zatrzymała się przy drzwiach. Przez moment wyglądała na zaskoczoną nie tyle jego słowami, ile tonem, jakim zostały wypowiedziane. Była kobietą przyzwyczajoną do tego, że jej obecność w domu znaczy więcej niż obecność innych. Przez lata przekraczała progi bez pytania, otwierała drzwi bez pukania, wchodziła w cudze rozmowy, cudze decyzje, cudze życie, przekonana, że robi to w imię rodziny. Teraz jednak własny syn patrzył na nią tak, jakby jej troska była wtargnięciem. – Cianie, synu – zaczęła łagodniej niż zwykle mówiła. – Nie przyszłam tu przecież, żeby cię zdenerwować. Chciałam tylko zobaczyć, jak się czujesz. – Mogłaś zapytać. – Pytam teraz. – Nie. Weszłaś bez pytania, a dopiero potem udajesz, że pytasz.
Hanser stała z boku nieruchoma, jakby każdy jej ruch mógł tylko pogorszyć sytuację. Czuła, że nie powinna się odzywać, a jednak każde słowo uderzało także w nią. Bo choć rozmawiał z matką, prawdziwe napięcie krążyło wokół obecności Hanser. Była tu, przy jego łóżku, przy jego oddechu, przy jego bólu. I dla Mukadder ten widok był nie do zniesienia. Mukadder zacisnęła dłonie na materiale swojej sukni. – Jestem twoją matką – powiedziała, już mniej miękko. – Mam prawo się martwić. Leżysz ranny we własnym pokoju, a ja mam czekać za drzwiami jak obca. Cihan spojrzał na nią bez cienia ustępstwa. – Właśnie tego oczekuję: żebyś czekała za drzwiami, żebyś zapukała, żebyś uszanowała choć jedną granicę, którą próbuję postawić w tym domu. – Granicę? – powtórzyła Mukadder z niedowierzaniem. – Granicę między matką a synem, między mną a wszystkimi, którzy uważają, że mogą decydować za mnie. Te słowa zawisły w powietrzu. Mukadder pobladła. Hanser spuściła głowę jeszcze niżej, bo wiedziała, że każde zdanie Cihana ma drugie dno. W tym domu decyzje rzadko należały do tych, których najbardziej dotyczyły. Życie każdego z nich było jak szachownica, na której Mukadder przesuwała figury, przekonana, że zna wynik partii, zanim ktokolwiek zdąży wykonać ruch. – Nie przesadzaj! – powiedziała kobieta ostrzej. – Przyniosłam tylko wiadomość. Chciałam sprawdzić, czy czegoś ci nie potrzeba. Czy to teraz zbrodnia? – Niczego nie potrzebuję. – Lekarz mówił, że masz odpoczywać, że nie możesz się przemęczać. Ktoś musi dopilnować. – Jeśli będę czegoś potrzebował, powiem. – Komu? – W jej głosie nagle zabrzmiała gorycz. Spojrzała krótko na Hanser. – Jej? Hanser drgnęła, jakby ktoś wymierzył jej policzek. Cihan zauważył to natychmiast. Jego twarz stężała. – Uważaj na słowa. Mukadder zaśmiała się krótko, bez radości. – Mam uważać na słowa we własnym domu? Naprawdę do tego doszliśmy? Mam stać cicho i patrzeć, jak zostawiasz się pod opieką kogoś, kto… – Nie kończ. – Kogoś, przez kogo cierpisz? – Powiedziałem: nie kończ. Tym razem w głosie Cihana zabrzmiało ostrzeżenie tak wyraźne, że nawet Mukadder na moment zamilkła. Ale tylko na moment. Zraniona matczyna duma, strach o syna i nienawiść do Hanser splątały się w niej w jeden twardy węzeł, którego nie umiała rozwiązać. – Ja tylko próbuję cię chronić – powiedziała. – Czy ty tego naprawdę nie widzisz? Czy człowiek ma rzucić własną owcę na pożarcie wilkom i jeszcze udawać, że to wolność? Hanser pobladła. To było wypowiedziane spokojnie, niemal obrazowo, ale nie było wątpliwości, kim w tej metaforze jest wilk. Dziewczyna odruchowo cofnęła się o krok. W jej oczach pojawił się ból, który próbowała natychmiast ukryć, lecz Cihan już go zobaczył. I może właśnie ten widok sprawił, że gniew, który dotąd trzymał pod kontrolą, pękł. – Wystarczy – powiedział twardo. Mukadder uniosła brodę. – Nie, nie wystarczy, bo ty nie myślisz rozsądnie. Jesteś osłabiony, cierpisz, a ona wykorzystuje twoją litość. Dziś stoi przy twoim łóżku ze spuszczonym wzrokiem, a jutro znowu… – To ty o mało nie doprowadziłaś do mojej śmierci.
Cisza po tych słowach była absolutna. Mukadder znieruchomiała. Hanser podniosła wzrok, przerażona bezpośredniością Cihana. Nawet powietrze w pokoju zdawało się zatrzymać. Cihan oddychał ciężej, ale nie cofnął słów. Patrzył prosto na matkę, bez gniewnego uniesienia, bez krzyku. Właśnie ta spokojna bezlitosność sprawiła, że zdanie zabrzmiało jeszcze mocniej. – Twoje intrygi – mówił dalej, wolno, z trudem, jakby każde słowo kosztowało go ból fizyczny, lecz mimo to musiało zostać wypowiedziane. – Twoja potrzeba kontrolowania wszystkiego, twoje kłamstwa, twoje szepty, twoje decyzje podejmowane za innych. Myślałaś, że ratujesz rodzinę, a prawie pochowałaś własnego syna. Mukadder otworzyła usta, ale nie wydobyła z siebie głosu. – Cianie, ja nie… – Tym razem nie zasłonisz się troską. Nie powiesz, że zrobiłaś to dla mnie. Nie nazwiesz trucizny lekarstwem tylko dlatego, że podała ją matka. Te słowa uderzyły Mukadder mocniej niż krzyk. Jej twarz, jeszcze chwilę wcześniej sztywna z dumy, zaczęła mięknąć pod ciężarem winy. W oczach pojawiła się wilgoć, której nie chciała pokazać. Kobieta, która tak często panowała nad innymi, nagle nie umiała zapanować nad własnym bólem. – Ja się bałam – wyszeptała. – Bałam się, że cię stracę. – I prawie mnie straciłaś. Mukadder zamknęła oczy. Przez krótką chwilę nie była już panią domu. Nie była kobietą wydającą rozkazy. Nie była strażniczką nazwiska i reputacji. Była matką, która usłyszała od syna prawdę, przed którą przez cały czas uciekała. – Wiem – powiedziała w końcu cicho. – Wiem, że popełniłam błąd. Cihan nie odpowiedział. Mukadder zrobiła krok w stronę łóżka, ale gdy zobaczyła, jak jego spojrzenie staje się jeszcze bardziej zamknięte, zatrzymała się. – Nie proszę, żebyś mi od razu wybaczył – mówiła dalej. – Może nawet nie mam prawa prosić. Ale naprawię to. Przysięgam ci, że naprawię wszystko, co zepsułam. W pokoju rozległ się cichy, urywany oddech. Hanser nie chciała płakać. Nie teraz, nie przy nich. Ale serce miała tak ściśnięte, jakby każde słowo rozrywało ją od środka. Mukadder spojrzała na nią przelotnie, po czym znów przeniosła wzrok na syna. – Kiedy tylko twoje rany się zagoją – powiedziała powoli – odejdę z tej rezydencji na dobre. Nie będę już stała między tobą a twoimi decyzjami. Cihan przez dłuższą chwilę milczał. W jego twarzy nie było triumfu. Nie wyglądał jak ktoś, kto wygrał. Raczej jak człowiek, który usłyszał obietnice, ale nie potrafił już ufać samemu brzmieniu słów. – Zobaczymy – odparł tylko. Mukadder skinęła głową. Przez moment wyglądała, jakby chciała powiedzieć jeszcze coś. Może przeprosić. Może dotknąć jego dłoni. Może przypomnieć mu czasy, gdy był dzieckiem i zasypiał spokojnie tylko wtedy, gdy siedziała obok. Ale między nimi leżały już nie tylko lata, lecz także zbyt wiele niewypowiedzianych win. Odwróciła się więc i ruszyła do drzwi. Hanser odsunęła się, robiąc jej przejście. Gdy Mukadder mijała ją, ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Nie było w nim pojednania, nie było nawet pełnej nienawiści. Było coś bardziej skomplikowanego – świadomość, że obie kochają tego samego człowieka, ale jedna z nich raniła w imię posiadania, a druga cierpiała w imię pozostania.
Drzwi zamknęły się cicho. Dopiero wtedy Hanser poczuła, że może odetchnąć. Ale powietrze nie przyniosło ulgi. Cihan odwrócił twarz w stronę okna. – Nie patrz tak na mnie – powiedział nagle. Hanser zadrżała. – Jak? – Jakbym powiedział coś okrutnego. Dziewczyna ścisnęła palce. – Powiedziałeś prawdę. – W takim razie czemu wyglądasz, jakby ta prawda cię zabolała? Hanser nie odpowiedziała od razu. Podeszła powoli do stolika, poprawiła ustawienie szklanki, choć nie było takiej potrzeby, i dopiero po chwili odezwała się cicho: – Bo prawda też potrafi ranić, Cianie. Mężczyzna zamknął oczy. – Nie ucz mnie tego. Nie było w tych słowach miejsca na dalszą rozmowę.
Mukadder szła korytarzem szybkim krokiem, lecz z każdym następnym metrem jej twarz traciła maskę opanowania. Ściany rezydencji, które przez lata znały jej rozkazy, jej szepty, jej triumfy i gniew, teraz zdawały się patrzeć na nią obco. Jakby dom, który tak usilnie próbowała kontrolować, sam zaczął ją osądzać. Zatrzymała się dopiero przy schodach. Musiała oprzeć dłoń na poręczy, bo nagle poczuła, że nogi ma ciężkie. Słowa Cihana nadal brzmiały jej w uszach: „Prawie pochowałaś własnego syna”. Przymknęła oczy, lecz przed sobą natychmiast zobaczyła obraz, którego nie mogła się pozbyć: Cihan blady, zakrwawiony, nieruchomy. Krzyk rozdzierający dom, chaos, strach. Hanser stojąca jak posąg rozpaczy. I ona sama, Mukadder, która w tamtej chwili po raz pierwszy zrozumiała, że żaden plan, żadna duma, żaden konflikt nie ma znaczenia wobec widoku dziecka walczącego o życie. – Co powiedział? – rozległ się nagle głos Beyzy. Mukadder otworzyła oczy. Beyza stała kilka kroków dalej, wyraźnie czekając. Miała na sobie elegancką jasną bluzkę, lecz jej twarz była napięta, a spojrzenie niespokojne. Od dawna krążyła po korytarzu, udając przed służbą, że przechodzi przypadkiem, choć w rzeczywistości każdy nerw w jej ciele był skierowany ku zamkniętym drzwiom sypialni Cihana. – Co się stało w środku? – dopytywała. – Widział cię? Rozmawiał z tobą? Jak się czuje? Mukadder westchnęła ciężko. – Żyje. To najważniejsze. – To wiem – odparła Beyza niecierpliwie. – Ale czy wygląda lepiej? Czy pytał o mnie? Czy mówił coś o niej? – Ostatnie słowo wypowiedziała niemal z obrzydzeniem. Mukadder spojrzała na nią ostro. – Nie mam teraz siły na twoje kaprysy. Beyza cofnęła głowę, urażona. – Moje kaprysy? Ja się martwię! Wszyscy się martwią, nie jesteś jedyna, ale ja przynajmniej widzę, co się dzieje. – Beyza obniżyła głos, zbliżając się do Mukadder. – Ona nadal tam jest, prawda? Nadal stoi przy jego łóżku. Udaje skruszoną, udaje troskliwą, udaje niewinną. Mukadder zacisnęła usta. – Hanser wkrótce opuści ten dom. Beyza zaśmiała się cicho, gorzko. – Naprawdę w to wierzysz? – Tak powiedziała. I Cihan też. – Cihan teraz nie myśli jasno. Uważaj, co mówisz. – Nie, to ty uważaj! – Beyza nie wytrzymała. W jej oczach zapłonęła desperacja. – Ona jest żmiją, Mukadder. Żmiją, która potrafi udawać zranioną gołębicę, dopóki wszyscy nie spuszczą gardy. Mówi, że odejdzie? Oczywiście, że mówi, bo wie, że im bardziej będzie udawać gotowość do odejścia, tym bardziej Cihan zacznie ją zatrzymywać. Mukadder milczała, ale w jej spojrzeniu pojawił się niepokój. Beyza zauważyła to i natychmiast nacisnęła mocniej. – Nie widzisz tego? Ona go zna. Wie, gdzie uderzyć. Dziś będzie płakać w kącie, jutro powie, że nie chce sprawiać mu bólu, pojutrze zacznie pakować rzeczy, ale tak, żeby on to zobaczył. A wtedy co zrobi Cihan? Pozwoli jej odejść? Nie! Zatrzyma ją, bo jest dumny, ale nie jest z kamienia. – Dość. – Nie, nie dość! – syknęła Beyza. – Ja nie uwierzę w jej odejście, dopóki nie zobaczę, jak własnymi rękami pakuje swoje rzeczy, schodzi po tych schodach i wychodzi za bramę. A nawet wtedy będę się zastanawiać, czy nie schowała się za rogiem, czekając na kolejną okazję.
Mukadder poczuła narastające zmęczenie – nie tylko ciałem, ale duszą. Jeszcze przed chwilą mierzyła się z oskarżeniami syna, a teraz stała naprzeciw Beyzy, która zamiast spokoju przynosiła kolejną porcję trucizny. Kiedyś być może sama podsyciłaby te słowa. Kiedyś może uznałaby je za rozsądek. Ale teraz, po wszystkim, co się wydarzyło, brzmiały jak echo błędów, które doprowadziły ich na skraj tragedii. – Idź do swojego pokoju – powiedziała stanowczo. Beyza zamrugała. – Co? Słyszałaś? – Idź odpocząć, Mukadder ja próbuję cię ostrzec… – Nie. Próbujesz dolać oliwy do ognia, który już prawie spalił ten dom. Beyza pobladła z oburzenia. – Czyli teraz bronisz jej? – Bronię spokoju mojego syna. – Ona jest zagrożeniem dla tego spokoju! – A twoje słowa są czym? Lekarstwem? Beyza zamilkła na moment. Jej oczy zabłysły łzami, ale nie były to łzy smutku – raczej wściekłości, bezsilności, upokorzenia. – Zobaczysz – powiedziała cicho. – Zobaczysz, że miałam rację. Mukadder wyprostowała się. – Być może. Ale jeśli masz rację, nie potrzebuję twoich krzyków, żeby to dostrzec. A jeśli się mylisz, twoje krzyki mogą zniszczyć resztę tego, co jeszcze da się ocalić. Beyza odwróciła wzrok. – Ona was wszystkich omota. – Do pokoju, Beyza. – Tym razem ton Mukadder nie znosił sprzeciwu. Beyza zacisnęła dłonie, po czym odwróciła się gwałtownie i ruszyła korytarzem, stukając obcasami o podłogę tak mocno, jakby każdy krok był oskarżeniem. Mukadder patrzyła za nią długo, czując, że w tym domu nie wystarczy już zamknąć drzwi, by zatrzymać nieszczęście. Ono zdążyło wejdź do środka, zamieszkało między nimi, oddychało ich lękami.
Tymczasem w sypialni Cihan nie potrafił znaleźć spokoju. Po wyjściu Mukadder pokój znów zamilkł, ale była to cisza pozorna. Hanser stała przy oknie, splatając palce tak mocno, że aż pobielały jej kostki. Cihan obserwował ją spod przymkniętych powiek. Widział jej drżenie, widział ciężar, z jakim trzymała wyprostowane plecy – jakby bała się, że jeśli choć na chwilę się rozluźni, rozpadnie się na oczach wszystkich. Część jego chciała ją zawołać, powiedzieć, żeby usiadła, żeby przestała stać jak oskarżona, że to nie ona była winna wszystkim ranom tego domu. Ale inna część – ta zraniona, dumna, przerażona własną potrzebą bliskości – kazała mu milczeć. Bo Hanser była dla niego bólem i ukojeniem jednocześnie. Wystarczyło, że była obok, a rana w jego ciele wydawała się mniej ważna niż rana w sercu. Wystarczyło, że podawała mu wodę, poprawiała poduszkę, cicho pytała, czy cierpi, a on czuł, że wszystkie jego postanowienia słabną. A przecież obiecał jej i sobie, że nie będzie jej trzymał, że nie wykorzysta jej poczucia winy, że gdy tylko nadejdzie czas, pozwoli jej odejść. Problem polegał na tym, że z każdym dniem coraz bardziej bał się tego czasu.
– Pomóż mi wstać – powiedział nagle. Hanser odwróciła się gwałtownie. – Co? – Chcę wstać. – Nie powinieneś. Lekarz mówił… – Lekarz nie powiedział, że mam leżeć jak martwy. – Cianie, proszę. Dopiero co się zdenerwowałeś. Rana może… – Hanser. – Wypowiedział jej imię cicho, lecz tak stanowczo, że dalszy sprzeciw zamarł jej na ustach. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Ona pełna lęku, on blady, uparty, z oczami człowieka, który wolałby zemdleć z bólu, niż przyznać, że potrzebuje czyjejś zgody na ruch. Hanser podeszła do łóżka. – Dobrze – powiedziała drżącym głosem. – Ale powoli. Oprzyj się na mnie. Cihan skrzywił się lekko, gdy pomogła mu usiąść. Jego oddech urwał się na moment. Palce zacisnęły się na brzegu prześcieradła. Hanser natychmiast pochyliła się bliżej. – Boli? – Nie pytaj. – To znaczy, że boli. – Powiedziałem: nie pytaj. Jej oczy wypełniły się smutkiem, ale nic więcej nie powiedziała. Wsunęła rękę pod jego ramię, drugą dłonią podtrzymując go ostrożnie przy plecach. Cihan czuł jej bliskość, ciepło jej ciała, delikatny zapach włosów. To uderzyło go mocniej niż ból. Na sekundę zamknął oczy. – Gotowy? – zapytała. – Tak. Wstał z ogromnym trudem. Świat zachwiał się lekko. Hanser natychmiast mocniej go podtrzymała. – Cianie… – Nic mi nie jest. – Kłamiesz. – Przyzwyczaj się. Te słowa wymknęły mu się ostrzej niż zamierzał. Hanser umilkła. Cihan poczuł ukłucie winy, ale nie przeprosił. Bał się, że jeśli zacznie przepraszać za jedno zdanie, przyjdzie następne, potem kolejne, aż w końcu powie wszystko, co naprawdę czuł. A na to nie mógł sobie pozwolić.
Szli powoli do sąsiedniego pomieszczenia. Każdy krok był dla niego walką. Hanser czuła ciężar jego ciała oparty na swoim ramieniu i jednocześnie ciężar dystansu, który próbował między nimi utrzymać. Drzwi do gabinetu były uchylone. Wewnątrz panował półmrok. To pomieszczenie, zwykle pełne chłodnej powagi, teraz wydawało się jeszcze bardziej obce. Biurko stało przy ścianie, na nim leżały papiery, zamknięte pióro, kilka książek i pusta kartka. – Dlaczego chciałeś tu przyjść? – zapytała Hanser, gdy pomogła mu oprzeć się o fotel. Cihan przez chwilę łapał oddech, potem wskazał na niski szezląg ustawiony pod ścianą. – Tu będziesz odpoczywać. Zmarszczyła brwi. – Nie rozumiem. – W dzień możesz zajmować się mną, skoro wszyscy uznali, że tak powinno być. Ale w nocy nie musisz siedzieć przy moim łóżku jak strażnik. Hanser poczuła, jak coś ściska ją w gardle. – Nie siedzę tam z przymusu. – Nie musisz tego tłumaczyć. – Ale chcę! – A ja nie chcę, żebyś czuwała przy mnie nocami. Zabolało bardziej niż się spodziewała. Nie dlatego, że kazał jej odpocząć – gdyby powiedział to łagodnie, mogłaby przyjąć ten gest z wdzięcznością. Ale on wypowiedział to tak, jakby regulował obowiązki służby, jakby jej obecność przy nim była wyłącznie praktyczną kwestią, którą należy uporządkować. – Myślałam, że… – zaczęła, lecz urwała. – Co myślałaś? Że może mnie potrzebujesz? – Chciała powiedzieć: że może mimo gniewu chcesz, żebym była blisko; że może nocą, kiedy ból jest silniejszy, a dom milknie, moja obecność nie jest dla ciebie ciężarem. Nie powiedziała jednak nic z tego. – Nic – szepnęła.
Cihan podszedł do biurka. Ruch sprawił mu ból, ale nie zatrzymał się. Oparł jedną rękę o blat, drugą sięgnął po ołówek. Hanser patrzyła na niego z narastającym niepokojem. – Lekarz powiedział, że mniej więcej tydzień – odezwał się Cihan. – Tyle potrzebuję, żeby wrócić do siebie na tyle, by nie potrzebować opieki. Hanser nie poruszyła się. – Tak powiedział. Cihan położył przed sobą kartkę. Przez moment patrzył na jej pustą powierzchnię, jakby widział tam coś więcej niż papier. Potem przyłożył ołówek i narysował jedną prostą, wyraźną kreskę. Dźwięk grafitu przesuwającego się po kartce zabrzmiał w ciszy jak wyrok. – Dzień pierwszy – powiedział. Hanser poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. – Co robisz? – Odliczam. – Co odliczasz? Spojrzał na nią. Jego oczy były ciemne, zmęczone, pełne czegoś, co ukrył tak głęboko, że nie potrafiła już odróżnić gniewu od bólu. – Dni do twojego odejścia.
Przez chwilę Hanser nie mogła oddychać. Słowa były proste. Zbyt proste. Nie krzyczał, nie oskarżał, nie powiedział niczego, czego wcześniej nie zapowiadał. A jednak ta jedna kreska na kartce zraniła ją bardziej niż wszystkie kłótnie. Bo nagle jej obecność w tym domu została sprowadzona do czasu, który trzeba przeczekać – do obowiązku, który wkrótce się skończy, do odliczania, po którym nie zostanie nic. – Cianie… – wyszeptała. – Nie patrz tak na mnie. – Jak mam patrzeć? Jak na kogoś, komu dzieje się krzywda? Jej oczy zaszkliły się łzami. – A nie dzieje się? Cihan odwrócił wzrok. – Sama chciałaś odejść. – Nie chciałam odchodzić w ten sposób. – A w jaki sposób chciałaś? Nie odpowiedziała, bo nie znała odpowiedzi. Chciała odejść, gdy sądziła, że jej obecność niszczy jego życie. Chciała odejść, gdy wierzyła, że tylko w ten sposób przestanie być przyczyną cierpienia. Ale teraz, gdy on sam zaczął odliczać dni do jej zniknięcia, w jej sercu otworzyła się pustka, której nie umiała nazwać. – Powiedziałeś, że nie będziesz mnie trzymał – przypomniała cicho. – I dotrzymuję słowa. – Ale robisz to tak, jakbyś chciał mnie ukarać. Jego dłoń zacisnęła się na ołówku. – Nie wszystko, co boli, jest karą. – Więc czym to jest? Cihan milczał. Hanser zrobiła krok w jego stronę. Łzy spłynęły jej po policzkach, ale nawet ich nie otarła. – Dlaczego mi to robisz? – zapytała drżącym głosem. – Dlaczego tak mnie traktujesz? Przez cały dzień jesteś obok, ale jakby za ścianą. Pozwalasz mi podać sobie wodę, ale nie pozwalasz dotknąć swojego bólu. Mówisz, że mogę odpoczywać tutaj, jakbyś wyznaczał mi miejsce w cudzym domu. A teraz rysujesz kreskę na papierze i mówisz, że to pierwszy dzień do mojego odejścia. Czy naprawdę tak bardzo chcesz, żebym zniknęła?
Cihan zamknął oczy. Każde jej słowo trafiało dokładnie tam, gdzie nie chciał czuć. Chciał odpowiedzieć ostro, powiedzieć, że dramaty niczego nie zmienią, że obietnica to obietnica, że nie będzie już nikogo błagał o pozostanie. Ale gdy otworzył oczy, zobaczył przed sobą nie winowajczynię, nie kobietę, którą powinien odepchnąć dla jej dobra, lecz Hanser – bladą, złamaną, pełną miłości, której nie potrafiła ukryć nawet wtedy, gdy on robił wszystko, by ją zranić. I właśnie dlatego musiał pozostać twardy. Bo gdyby zmiękł choć na chwilę, poprosiłby ją, by została. – Dotrzymuję słowa – powiedział w końcu krótko. Hanser patrzyła na niego, jakby nie rozumiała. – Tylko tyle? – Tyle. – A jeśli ja już nie wiem, czego chcę? Cihan zadrżał nieznacznie, lecz zaraz odwrócił się w stronę drzwi. – To musisz się dowiedzieć. Sama. – Zatrzymał się. Przez jedną krótką chwilę wydawało się, że odpowie inaczej – że powie „nie, nie sama”, że powie „ja też nie wiem”, że przyzna, iż ta kreska na papierze miała być murem, a stała się nożem również dla niego. Ale Cihan tylko mocniej przycisnął dłoń do bolącego boku. – Tak będzie lepiej. Hanser zaśmiała się cicho przez łzy. Był to śmiech pozbawiony radości, mały, pęknięty dźwięk, który bardziej przypominał szloch. – Dla kogo? Nie odpowiedział. Ruszył w stronę sypialni. Każdy krok sprawiał mu ból, lecz nie pozwolił jej się zbliżyć. Gdy Hanser odruchowo wyciągnęła rękę, zatrzymał ją jednym spojrzeniem. – Poradzę sobie. – Wiem – powiedziała cicho. – Ty zawsze sobie radzisz, nawet wtedy, kiedy niszczysz siebie.
Cihan nie odwrócił się, przeszedł przez próg i zniknął w sypialni, zostawiając drzwi uchylone, jakby nawet w tym geście nie potrafił zdecydować, czy chce ją wykluczyć, czy pozwolić jej zostać blisko. Hanser została sama w gabinecie. Półmrok otulił ją chłodem. Na biurku leżała kartka z jedną kreską. Tylko jedna linia, a jednak miała w sobie cały ciężar pożegnania. Dziewczyna podeszła do niej powoli, jakby zbliżała się do czegoś niebezpiecznego. Przesunęła palcem tuż obok śladu ołówka, nie dotykając go naprawdę. „Dzień pierwszy”. Pierwszy dzień do odejścia, pierwszy dzień do wolności, której nagle się bała, pierwszy dzień do pustki, którą Cihan nazwał dotrzymaniem słowa.
Hanser opadła na krzesło przy biurku. Przez dłuższy czas siedziała nieruchomo, wsłuchując się w ciszę domu. Za ścianą Cihan prawdopodobnie z trudem kładł się z powrotem do łóżka. Może zaciskał zęby z bólu. Może zamykał oczy, udając przed samym sobą, że nic go nie obchodzi. Może cierpiał tak samo jak ona, tylko inaczej: ciszej, bardziej dumnie, bardziej samotnie. Dziewczyna zakryła usta dłonią, żeby nie zaszlochać głośno. Nie chciała, żeby ją usłyszał. Nie chciała, żeby pomyślał, że próbuje wzbudzić litość. A jednak łzy płynęły coraz szybciej. Spływały po jej policzkach, kapały na dłonie, rozmywały obraz kartki, na której jedna kreska stała się początkiem końca. Hanser pochyliła głowę i po raz pierwszy od wielu dni pozwoliła sobie na rozpacz niepowstrzymaną, cichą, bez świadków. Bo zrozumiała coś, przed czym uciekała od dawna: czasami najokrutniejsze więzienie nie ma zamków, krat ani strażników. Czasami człowiek zostaje uwięziony w obietnicy, a czasami najtrudniej odejść wtedy, gdy drzwi są już otwarte.