
Koniec litości. Mukadder zmusza zapłakaną Hanser do natychmiastowego opuszczenia rezydencji.
Wyobraźcie sobie ciche mury luksusowej rezydencji, które nagle stają się niemym świadkiem najbardziej niesprawiedliwego dramatu. Gdy ciężko chory, osłabiony Cihan szuka ratunku przed przejmującym chłodem, znajduje ukojenie w ramionach troskliwej Hanser. Jeden niewinny gest, przytulenie podyktowane gorączką i bezbronnością, wystarczy, by rozpalić niebezpieczny stos. Za zamkniętymi drzwiami czają się jednak mroczne cienie. Zazdrość Beyzy i ślepa furia Mukadder doprowadzają do sceny, która mrozi krew w żyłach. Hanser zostaje brutalnie, z zatkanymi ustami, wyrwana z objęć śpiącego Cihana. Padają najgorsze słowa. Rzucane są fałszywe oskarżenia o bezwstydne uwodzenie, a w końcu zapada bezwzględny wyrok: „Twoja miarka się przebrała. Masz opuścić ten dom natychmiast”. Zrozpaczona, niesprawiedliwie oskarżona dziewczyna tonie we łzach, osuwając się bezradnie na zimną podłogę, podczas gdy niczego nieświadomy Cihan wciąż śpi. Co wydarzy się, gdy o poranku mężczyzna odrzuci koc, otworzy oczy i zobaczy wokół siebie jedynie pustkę? Czy zdezorientowany Cihan poskłada fragmenty układanki i odkryje spisek swoich bliskich, zanim Hanser na zawsze zniknie z jego życia? Zanurzcie się w opowieści o kruchej bliskości, która musi zmierzyć się z najokrutniejszą intrygą. Odkryjcie historię, która złamie wam serce i nie pozwoli oderwać wzroku od ekranu do samej ostatniej sekundy.
Gorączka, która odsłoniła serca.
Noc w rezydencji Develioglu miała w sobie coś ciężkiego, niemal dusznego, jakby ściany ogromnego domu nasiąkły niepokojem i teraz oddychały nim cicho wraz z każdym skrzypnięciem podłogi, z każdym szelestem zasłon poruszanych zimnym powiewem zza okien. W korytarzach panowała cisza, ale nie była to cisza spokoju. Była napięta, uważna, przepełniona tym rodzajem oczekiwania, które pojawia się wtedy, gdy wszyscy wiedzą, że coś złego może wydarzyć się w każdej chwili, choć nikt nie ma odwagi nazwać tego na głos. W sypialni Cihana paliła się tylko jedna lampa. Jej miękkie światło padało na ciężkie meble, na ciemne zasłony, na szklany dzbanek stojący przy łóżku i na twarz mężczyzny, który leżał nieruchomo, blady, osłabiony, jakby z każdym oddechem walczył o zachowanie resztek sił. Cihan, zwykle dumny, opanowany i zamknięty w sobie, tej nocy wyglądał inaczej. Gorączka odebrała mu ostrość spojrzenia, pewność gestów, nawet ten chłodny dystans, którym tak często próbował zasłonić wszystko, co naprawdę czuł. Na jego czole perlił się pot, koszula przykleiła mu się do ciała, a mimo to drżał tak mocno, jakby leżał nie w ciepłej sypialni, lecz na środku zimowego pustkowia. Jego dłonie zaciskały się na brzegu prześcieradła. Palce miał lodowate. Co jakiś czas przez jego ciało przebiegał gwałtowny dreszcz, który sprawiał, że nawet łóżko zdawało się lekko poruszać.
Hanser siedziała tuż obok niego, nie odchodziła ani na chwilę. Jej twarz zdradzała zmęczenie, ale w oczach miała coś silniejszego od zmęczenia: niepokój, czułość i tę rozpaczliwą determinację człowieka, który boi się, lecz nie pozwala sobie na bezradność. Trzymała w dłoni szklankę z wodą. Drugą ręką ostrożnie sięgnęła po lekarstwo przygotowane na małym talerzyku. Tabletka wydawała się absurdalnie mała wobec ogromu cierpienia, które widziała przed sobą, a jednak Hanser uczepiła się tej drobnej czynności, tak jakby właśnie od niej zależało wszystko. — Cianie — odezwała się cicho, pochylając się nad nim. — Musisz wziąć lekarstwo. Proszę. Mężczyzna poruszył powiekami. Przez chwilę wyglądał tak, jakby nie rozumiał, gdzie jest ani kto do niego mówi. Dopiero po kilku sekundach jego wzrok zatrzymał się na twarzy Hanser. — Nie chcę — wyszeptał ochryple. — Nic mi to nie da. — Da — odpowiedziała natychmiast, choć jej głos lekko zadrżał. — Może nie od razu, ale pomoże. Lekarz powiedział, że musisz je przyjmować regularnie. Na jego ustach pojawił się słaby grymas, który miał być chyba uśmiechem, lecz bardziej przypominał cień bólu. — Od kiedy tak ufasz lekarzom? Hanser spuściła wzrok na moment, ale zaraz znów spojrzała mu w oczy. — Od kiedy boję się, że stracę człowieka, który uparcie odmawia pomocy. Te słowa wymknęły się jej ciszej niż zamierzała. Przez chwilę w pokoju rozlało się milczenie. Cihan patrzył na nią spod ciężkich powiek. W normalnych okolicznościach może odpowiedziałby chłodno, może odwróciłby temat, może ukryłby poruszenie za ironią. Ale tej nocy nie miał siły udawać tak dobrze jak zwykle. Hanser delikatnie wsunęła tabletkę między jego wargi. Zrobiła to ostrożnie, niemal z nabożnością, jakby każdy nieuważny ruch mógł sprawić mu ból. Potem uniosła szklankę do jego ust. — Powoli — szepnęła. — Nie śpiesz się. Cihan przełknął z trudem. Kropla wody spłynęła po kąciku jego ust, a Hanser natychmiast otarła ją chusteczką. Ten gest był tak naturalny, tak bezinteresownie czuły, że przez sekundę mężczyzna zamknął oczy, jakby chciał przed nim uciec. Nie przed samą opieką, ale przed tym, co ta opieka robiła z jego sercem. Nie przywykł do tego: do czyichś rąk, które dotykają nie po to, by żądać, lecz by ulżyć; do spojrzenia, które nie ocenia, tylko czuwa; do obecności, która nie jest pułapką ani obowiązkiem, lecz wyborem.
Nagle jego ciało znów przeszył dreszcz, silniejszy niż poprzednie. Cihan zacisnął zęby, a Hanser natychmiast odłożyła szklankę. — Co się dzieje? — spytała z przerażeniem. — Boli cię bardziej? — Zimno mi — powiedział przez ściśnięte gardło. — Bardzo zimno. — Masz gorączkę. — Wiem, co mam — odpowiedział z trudem, ale bez dawnej ostrości. — Hanser, przynieś mi koc. Kobieta zawahała się. Spojrzała na jego spocone czoło, na drżące ramiona, na ciało walczące jednocześnie z ogniem i lodem. — Nie wiem, czy powinnam — powiedziała niepewnie. — Jeśli cię dodatkowo przykryję, temperatura może jeszcze wzrosnąć. Lekarz mówił, żeby nie przegrzewać organizmu. Cihan otworzył oczy szerzej. W jego spojrzeniu pojawiła się desperacja, której nie potrafił ukryć. — Marznę. — Wiem — odparła miękko. — Widzę, ale spróbuj wytrzymać jeszcze chwilę. Może lekarstwo zacznie działać. Może dreszcze ustąpią. — Nie ustąpią — wyszeptał. — Hanser, proszę. To jedno słowo sprawiło, że jej serce ścisnęło się boleśnie. Cihan rzadko prosił; raczej rozkazywał, odpychał, milczał, udawał, że niczego nie potrzebuje. Teraz jednak leżał przed nią bezbronny, z twarzą bladą jak papier i oczami człowieka, który na chwilę przestał walczyć z własną dumą. Hanser zamknęła oczy na sekundę, rozdarta między rozsądkiem a litością. — Cianie, jeśli gorączka wzrośnie… — Nie obchodzi mnie gorączka — przerwał jej słabo. — Nie mogę tak leżeć. Czuję, jakby zimno wchodziło mi w kości. Jego głos był cichy, ale drżała w nim prawdziwa męka. Hanser nie potrafiła już odmówić. Wstała szybko i podeszła do dużej szafy stojącej przy ścianie. Otworzyła ją, przeglądając półki nerwowymi ruchami. Znalazła duży, miękki różowy koc złożony starannie na jednej z górnych półek. Jego kolor, tak delikatny i prawie dziecięcy, dziwnie kontrastował z ciężką atmosferą pokoju. Kiedy wróciła do łóżka, Cihan znów drżał. Hanser rozłożyła koc i ostrożnie przykryła go nim aż po ramiona. Poprawiła materiał przy jego bokach, dbając, by nie uciskać rany, by nic nie sprawiło mu dodatkowego bólu. — Lepiej? — spytała z nadzieją. Cihan przez chwilę milczał. Jego szczęka nadal drżała. — Nie. Hanser poczuła, jak ogarnia ją bezsilność. — Może powinnam zawołać lekarza? — Nie. — Ale jeśli twoje dreszcze się nasilają… — Nie wołaj nikogo — powiedział tym razem nieco mocniej. — Zostań. Jej dłonie zamarły na brzegu koca. To jedno słowo wypowiedziane cicho, bez rozkazu, bez gniewu, zabrzmiało jak pęknięcie w murze, który Cihan budował wokół siebie od lat.
Hanser usiadła ponownie przy łóżku. — Jestem tutaj — zapewniła. — Nigdzie nie idę. Cihan odwrócił głowę w jej stronę. Jego oczy błyszczały gorączką, ale pod tym blaskiem kryło się coś jeszcze: samotność tak głęboka, że Hanser poczuła ją niemal fizycznie. — Mine mówiła kiedyś… — zaczął powoli, urywając, jakby samo mówienie wymagało od niego ogromnego wysiłku. — Co mówiła? — spytała cicho. — Że kiedy człowiekowi jest bardzo zimno, najlepszym lekarstwem jest przytulenie. Hanser zamarła. Przez ułamek sekundy nie wiedziała, czy dobrze usłyszała. Słowa małej Mine, niewinne i proste, wypowiedziane kiedyś zapewne z dziecięcą pewnością, teraz zawisły między nimi jak coś zakazanego. — Cianie… — nie zdążyła dokończyć. Mężczyzna mimo osłabienia uniósł rękę i chwycił ją za ramię. Nie mocno, nie brutalnie, ale wystarczająco stanowczo, by zatrzymać jej odruch ucieczki. — Chodź — wyszeptał. — Nie powinniśmy — powiedziała, lecz jej głos był już słaby. — Tylko na chwilę. — Jeśli ktoś wejdzie… — Nie obchodzi mnie to. — Ciebie może nie — odparła z bólem — ale mnie będzie obchodzić. W tym domu każde spojrzenie staje się oskarżeniem. Cihan patrzył na nią długo. Potem jego dłoń, nadal spoczywająca na jej ramieniu, lekko zadrżała. — Hanser, ja naprawdę marznę.
To wystarczyło. Kobieta pozwoliła mu przyciągnąć się bliżej. Zrobiła to z wahaniem, z sercem bijącym tak szybko, jakby miała popełnić coś niewybaczalnego. Położyła się ostrożnie na skraju łóżka pod kocem, uważając, by nie dotknąć miejsca, w którym ból najbardziej go dręczył. Cihan objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Jej głowa spoczęła na jego klatce piersiowej. Przez pierwsze sekundy oboje byli spięci. Hanser słyszała jego serce: nierówne, przyspieszone, ale żywe. To brzmienie uderzyło ją mocniej niż jakiekolwiek słowa. Jeszcze niedawno bała się, że może je stracić. Bała się, że cisza zalegnie w tym pokoju na zawsze. A teraz to serce biło tuż pod jej policzkiem. Cihan zamknął oczy. Jego oddech, początkowo urywany i niespokojny, zaczął powoli się uspokajać. Dreszcze nie zniknęły od razu, ale jego ciało przestało walczyć tak gwałtownie. W cieple Hanser, w jej obecności, w tym cichym, zakazanym schronieniu znalazł coś, czego nie dawały lekarstwa. — Jesteś cieplejsza niż koc — wymamrotał półprzytomnie. Hanser poczuła, że łzy napływają jej do oczu. — A ty jesteś bardziej uparty niż dziecko. Mine byłaby ze mnie dumna. Mimo strachu, mimo napięcia, mimo całego bólu tej nocy, Hanser uśmiechnęła się słabo. Był to uśmiech krótkotrwały, ledwie widoczny, ale prawdziwy. — Śpij — szepnęła. — Musisz odpocząć. — Nie odejdziesz? — Nie. Cihan objął ją mocniej. Nie było w tym gestu pożądania ani triumfu. Była w nim potrzeba, której nie potrafił nazwać: potrzeba bycia z kimś, kto nie ucieknie, kiedy zobaczy jego słabość; potrzeba przytrzymania przy sobie jedynego ciepła w domu pełnym zimnych spojrzeń. Hanser leżała nieruchomo, wsłuchana w jego oddech. Czuła, jak jego palce powoli rozluźniają się na jej ramieniu. Czuła, jak napięcie uchodzi z jego ciała. Z czasem jej własne powieki zaczęły ciążyć. Próbowała walczyć ze snem, powtarzając sobie, że powinna czuwać, że nie wolno jej zasnąć, że sytuacja jest zbyt niebezpieczna. Ale była wyczerpana. Przez ostatnie dni żyła lękiem, winą, troską i ciągłymi oskarżeniami. Jej ciało w końcu upomniało się o chwilę spokoju. Zasnęli wtuleni w siebie: on z ramieniem owiniętym wokół niej, ona z twarzą przy jego sercu. W tej jednej kruchej chwili rezydencja pełna intryg, nienawiści i nieufności nie miała nad nimi władzy. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać, bo w domu takim jak ten nawet sen nie był bezpieczny.
Beyza od dłuższego czasu nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Krążyła po korytarzu w różowej koszuli, nerwowo ściskając dłonie, choć jej niepokój miał w sobie coś ostrego, nieszczerego. Była zdenerwowana gorączką Cihana, to prawda, ale pod tym zdenerwowaniem pulsowało coś innego: zazdrość, podejrzliwość i gniew, który od dawna szukał pretekstu, by wybuchnąć. Mukadder siedziała w pobliżu, równie spięta, choć próbowała zachować pozory opanowania. Jej twarz była surowa. Co jakiś czas spoglądała w stronę schodów prowadzących do sypialni syna, jakby samym spojrzeniem mogła kontrolować wszystko, co działo się za zamkniętymi drzwiami. — To trwa zbyt długo — powiedziała Beyza, zatrzymując się gwałtownie. — Gorączka nadal nie spada, a ona jest tam z nim sama. Mukadder uniosła wzrok. — Hanser podała mu lekarstwa. Lekarz powiedział, że trzeba czekać. — Czekać? — Beyza zaśmiała się krótko, nerwowo. — Naprawdę mamy czekać? A jeśli on tam majaczy? Jeśli potrzebuje pomocy? Jeśli ta dziewczyna nie wie, co robi? — Uspokój się. — Nie mogę się uspokoić! — syknęła Beyza. — Cihan jest chory, ledwo trzyma się na nogach, a wy wszyscy zachowujecie się, jakby ta Hanser była jedyną osobą na świecie zdolną podać mu szklankę wody. Mukadder zmrużyła oczy. Nie lubiła tonu Beyzy, ale część jej słów trafiała w miejsce, które sama próbowała ignorować. Obecność Hanser przy Cihanie od dawna ją drażniła. To, że syn patrzył na tę dziewczynę inaczej niż powinien. To, że jej bronił. To, że w jego głosie pojawiała się miękkość, której Mukadder nie potrafiła znieść, bo nie była skierowana do niej. — Hanser wie, co ma robić — powiedziała jednak bardziej do siebie niż do Beyzy. — Czy ty naprawdę w to wierzysz? — Beyza podeszła bliżej. — Czy tylko boisz się przyznać, że ona coraz bardziej zbliża się do Cihana? Mukadder zesztywniała. — Uważaj na słowa. — Ja uważam. To wy nie uważacie. Od początku mówiłam, że ta dziewczyna nie jest taka niewinna, jak udaje. Patrzy na niego tymi wielkimi oczami, milczy, płacze, robi z siebie ofiarę, a Cihan… Cihan jest zawsze zbyt miękki. — Dość. — Nie, nie dość! Idę do niego. Mukadder wstała natychmiast. — Beyza, nie będziesz teraz wchodzić do pokoju chorego człowieka i robić zamieszania. — Nie zrobię zamieszania, jeśli wszystko jest w porządku. — Poczekaj do rana. — Do rana? — Beyza spojrzała na nią z niedowierzaniem. — A jeśli do rana będzie za późno? Nie czekając na zgodę, ruszyła korytarzem w stronę sypialni Cihana. Jej kroki były szybkie i twarde, odbijające się echem od ścian. Mukadder przez moment stała nieruchomo, rozdarta między gniewem a obawą. Potem ruszyła za nią. — Beyza! — zawołała ściszonym, ale ostrym głosem. — Zatrzymaj się!
Beyza nie zatrzymała się. Kiedy dotarła pod drzwi sypialni, położyła dłoń na klamce i zamarła na krótką chwilę. Nie zapukała. Nie miała zamiaru dawać nikomu czasu na ukrycie czegokolwiek. Powoli uchyliła drzwi. W pokoju panował półmrok. Przez chwilę Beyza widziała tylko zarys łóżka, różowy koc, nieruchome sylwetki. Potem jej oczy przyzwyczaiły się do światła lampy i wtedy zobaczyła: Cihan spał głęboko, blady, osłabiony, ale spokojniejszy niż wcześniej. Jego ramię obejmowało Hanser, która leżała przytulona do niego z głową na jego klatce piersiowej. Koc okrywał ich oboje. Wyglądali nie jak chory pan domu i opiekunka, lecz jak dwoje ludzi ukrytych przed światem w czułości, której nikt nie miał prawa im dać. Twarz Beyzy stężała. W jej oczach najpierw pojawił się szok, a zaraz potem triumf zmieszany z obrzydzeniem. — Mukadder Hanim — wyszeptała, ale w jej głosie brzmiało oskarżenie. — Proszę spojrzeć. Mukadder stanęła za nią. Gdy zobaczyła to samo, całe jej ciało zesztywniało, jakby ktoś wymierzył jej policzek. Przez sekundę nie mogła oddychać. Potem jej oczy zapłonęły takim gniewem, że Beyza cofnęła się odruchowo o krok. — Widzisz? — syknęła Beyza. — Mówiłam. To hańba, prawdziwa hańba.
Mukadder nie odpowiedziała. Weszła do pokoju szybko, lecz bez krzyku. Jej gniew był zbyt wielki, by potrzebował natychmiastowego hałasu. Zbliżyła się do łóżka. Cihan spał głęboko, wyczerpany chorobą. Hanser również nie obudziła się od razu; była zbyt zmęczona, zbyt krucha w tym śnie, który na chwilę dał jej zapomnienie. Mukadder pochyliła się nad nią. W jej ruchu nie było cienia delikatności. Jedną dłonią brutalnie zatkała Hanser usta, drugą chwyciła ją za ramię. Hanser otworzyła oczy gwałtownie. Przerażenie uderzyło w nią natychmiast, zanim jeszcze zrozumiała, co się dzieje. Widziała nad sobą twarz Mukadder: zimną, wściekłą, bezlitosną. Spróbowała się poruszyć, lecz dłoń na jej ustach stłumiła każdy oddech, każdy protest. — Ani słowa — wysyczała Mukadder tuż przy jej twarzy. — Jeśli go obudzisz, pożałujesz. Hanser spojrzała odruchowo na Cihana. Spał nadal, nieświadomy niczego, z twarzą zmęczoną, lecz spokojną. To sprawiło, że serce dziewczyny ścisnęło się jeszcze mocniej. Chciała mu powiedzieć, chciała go obudzić. Chciała, by otworzył oczy i zobaczył, że to nie ona odchodzi. Ale nie mogła. Dłoń Mukadder była twarda, a jej spojrzenie nie dopuszczało sprzeciwu. Mukadder szarpnęła ją w górę. Hanser prawie straciła równowagę, gdy została wyciągnięta spod koca. Jej stopy dotknęły zimnej podłogi. Ciało wciąż miała rozgrzane od bliskości Cihana, ale teraz przeszył ją zupełnie inny chłód: chłód upokorzenia i strachu. Beyza stała przy drzwiach. Na jej twarzy malowała się satysfakcja, której nawet nie próbowała ukryć. Patrzyła na Hanser tak, jak patrzy się na kogoś przyłapanego na zbrodni. Mukadder wyvlekła dziewczynę z pokoju, nadal trzymając ją mocno. Hanser obejrzała się raz jeszcze. Cihan spał; nie wiedział, nie widział, nie słyszał. Drzwi zamknęły się za nimi cicho, ale dla Hanser ten dźwięk zabrzmiał jak wyrok.
W gabinecie światło było ostrzejsze niż w sypialni. Padało na ciemne drewno biurka, na półki z książkami, na ciężkie zasłony i na twarz Mukadder, która w tej chwili nie przypominała matki zatroskanej o chorego syna, lecz sędziego gotowego wydać najsurowszy wyrok bez wysłuchania obrony. Wepchnęła Hanser do środka tak mocno, że dziewczyna potknęła się i musiała oprzeć dłonie o drewnianą szafkę, by nie upaść. Oddychała szybko, z trudem. Na jej policzkach pojawiły się łzy, choć jeszcze nie zaczęła płakać naprawdę. To było raczej drżenie duszy, która rozumie, że za chwilę zostanie rozszarpana słowami. — Jak śmiałaś? — Głos Mukadder przeciął powietrze jak nóż. Hanser odwróciła się powoli. — Mukadder Hanim, proszę mnie wysłuchać. — Milcz! — krzyknęła kobieta. — Nie chcę słuchać twoich kłamstw. Nie chcę słuchać tej twojej niewinnej miny, tego drżącego głosu, tych łez, których używasz jak broni. Hanser pobladła. — To nie było tak. — A jak było? — Mukadder podeszła bliżej. — Mój syn leży chory, osłabiony, bezbronny. A ty korzystasz z okazji, żeby wejść mu do łóżka? — Nie! — Hanser pokręciła głową, a łzy wreszcie spłynęły po jej twarzy. — Nie, przysięgam. On miał dreszcze, bardzo silne dreszcze. Marzł, prosił o koc. Przyniosłam mu go, ale to nie pomogło. Naprawdę nie pomogło. Cihan przypomniał słowa Mine. Powiedział, że Mine mówiła, że przytulenie pomaga, kiedy komuś jest zimno. Ja tylko… — Tylko co? — wtrąciła Beyza, która stała z boku z założonymi rękami. — Tylko położyłaś się obok niego, tylko pozwoliłaś mu się objąć. Jakie to wygodne, Hanser. Jak zawsze wszystko można wytłumaczyć twoją dobrocią. Hanser spojrzała na nią z bólem. — Nie zrobiłam tego dla siebie. — Oczywiście. — Beyza uśmiechnęła się kpiąco. — Ty nigdy niczego nie robisz dla siebie. Ty zawsze cierpisz, zawsze się poświęcasz, zawsze jesteś zmuszona przez okoliczności. A potem dziwnym trafem Cihan coraz bardziej ci współczuje. — To nieprawda. — Nie? — Beyza zrobiła krok w jej stronę. — Więc powiedz, dlaczego zawsze jesteś tam, gdzie on może cię zobaczyć słabą? Dlaczego zawsze płaczesz akurat wtedy, kiedy on patrzy? Dlaczego każda twoja rana staje się łańcuchem, którym przywiązujesz go do siebie? Hanser przycisnęła dłonie do piersi, jakby chciała ochronić serce przed tymi słowami. — Ja go nie przywiązuję. Ja tylko chciałam dotrzymać słowa. Obiecałam, że będę przy nim, dopóki będzie mnie potrzebował. — Nie jesteś mu potrzebna — powiedziała Mukadder lodowato. Te słowa uderzyły Hanser mocniej niż krzyk. — Hanser, jesteś problemem. Od dnia, w którym weszłaś do tego domu, wszystko zaczęło się rozpadać. Mój syn cierpi. Dom jest pełen napięcia. Ludzie patrzą na siebie jak wrogowie, a ty ciągle stoisz w środku tego chaosu i udajesz, że nie masz z nim nic wspólnego. — Nie chciałam nikogo skrzywdzić… — Ale krzywdzisz! — syknęła Beyza. — Krzywdzisz wszystkich. Najpierw robisz z siebie biedną, skrzywdzoną dziewczynę, a potem czekasz, aż Cihan poczuje się odpowiedzialny. To jest twoja gra. Hanser potrząsnęła głową. — Nie gram. Nie umiałabym. — Właśnie w tym jesteś najlepsza — odparła Beyza. — Udajesz, że nie umiesz.
Przez chwilę Hanser nie mogła znaleźć słów. Patrzyła na obie kobiety, na ich twarde twarze i czuła, jak grunt usuwa jej się spod nóg. Wiedziała, że cokolwiek powie, zostanie przekręcone. Każde wyjaśnienie będzie dowodem winy. Każda łza stanie się manipulacją, każde milczenie – przyznaniem się. — Cihan był chory — powiedziała w końcu bardzo cicho. — Drżał tak mocno, że bałam się, że coś mu się stanie. Nie myślałam o sobie, nie myślałam o tym, co ktoś powie. Myślałam tylko, żeby przestał cierpieć. Mukadder odwróciła twarz, jakby te słowa ją obraziły. — Nie wypowiadaj jego imienia takim tonem. Hanser zamilkła. Beyza spojrzała na Mukadder, a potem znów na dziewczynę. W jej oczach pojawiła się bezlitosna decyzja. — Wystarczy. Naprawdę wystarczy. Miarka się przebrała. Hanser poczuła lodowaty ucisk w żołądku. — Co chcesz przez to powiedzieć? — To, że twój czas w tym domu dobiegł końca — powiedziała Beyza powoli, wyraźnie, delektując się każdym słowem. — Spakujesz swoje rzeczy i natychmiast opuścisz rezydencję. — Nie możecie… — Hanser urwała, bo głos jej się załamał. — Cihan jest chory. Obiecałam mu… — Nie będziesz już niczego obiecywać mojemu synowi — przerwała Mukadder. — Ale on nie wie! On śpi. Nie możecie mnie wyrzucić, kiedy on nawet nie… — Nie będziemy pytać chorego człowieka o zgodę na usunięcie kobiety, która bezwstydnie wykorzystuje jego słabość — powiedziała Mukadder. Hanser poczuła, jak łzy dławią ją w gardle. — To niesprawiedliwe. — Niesprawiedliwe? — Beyza zaśmiała się cicho. — Niesprawiedliwe jest to, że w ogóle pozwolono ci zostać tak długo. — Nie mam dokąd pójść — wyszeptała Hanser. Przez moment nawet Mukadder zamilkła, ale jeśli w jej twarzy pojawił się cień wahania, zniknął natychmiast pod wpływem spojrzenia Beyzy. — To już nie nasz problem — powiedziała Beyza. Te słowa były okrutne w swojej prostocie.
Hanser patrzyła na nią, jakby nie potrafiła pojąć, że można wypowiedzieć je bez drżenia głosu. W jej świecie nawet nienawiść miała zwykle jakiś powód, jakąś ranę, jakąś historię. Ale Beyza w tej chwili wydawała się czerpać siłę z samego faktu, że może ją zniszczyć. Mukadder poprawiła rękaw, jakby chciała zakończyć sprawę. — Masz niewiele czasu. Spakuj się po cichu. Cihan nie może się obudzić przez twoje przedstawienia. — Nie powiecie mu? — zapytała Hanser z rozpaczą. — Powiemy mu tyle, ile będzie musiał wiedzieć — odparła Mukadder. — On pomyśli, że odeszłam sama. Mukadder spojrzała na nią chłodno. — Może tak będzie najlepiej. Hanser cofnęła się o krok, jakby otrzymała cios. Przez chwilę miała wrażenie, że jeśli nie oprze się o coś twardego, upadnie. Drewno szafki pod jej dłonią było zimne i gładkie. Zacisnęła na nim palce. — Proszę — powiedziała, a jej głos stał się niemal dziecięcy. — Pozwólcie mi chociaż poczekać, aż się obudzi. Nie muszę z nim rozmawiać długo. Tylko jedno zdanie. Tylko żeby wiedział, że nie chciałam… — Dosyć — powiedziała Beyza ostro. — Twoje jedno zdanie zamieni się w płacz. Płacz w litość. Litość w kolejną szansę. Znamy tę drogę. Mukadder ruszyła do drzwi. — Nie zmuszaj mnie, żebym kazała cię wyprowadzić. Beyza odwróciła się jeszcze na moment. Jej spojrzenie przesunęło się po Hanser od stóp do głów. — Spakuj się i pamiętaj: tym razem twoje łzy nie pomogą.
Drzwi zamknęły się za nimi. Gabinet nagle stał się ogromny i pusty. Cisza, która zapadła, była gorsza niż krzyk. Hanser stała bez ruchu, z dłonią wciąż opartą o szafkę. Przez kilka sekund nie płakała. Może dlatego, że ból był zbyt duży, by od razu znaleźć ujście. Może dlatego, że jakaś część jej nadal czekała: że drzwi się otworzą, że ktoś wróci, że powie: „To pomyłka, możesz zostać”. Ale nikt nie wrócił. Wtedy coś w niej pękło. Najpierw z jej gardła wyrwał się cichy, zduszony szloch. Potem drugi, głośniejszy. Łzy popłynęły gwałtownie, jakby przez cały czas czekały tylko na chwilę samotności. Hanser osunęła się powoli wzdłuż szafki, aż usiadła na podłodze, objęła kolana ramionami i pochyliła głowę. Płakała tak, jak płacze człowiek, który nie tylko traci dach nad głową, ale także prawo do wyjaśnienia własnego serca. Nie bolało ją samo oskarżenie; do oskarżeń zdążyła przywyknąć. Bolało ją to, że Cihan obudzi się i nie znajdzie jej obok. Że może pomyśli, iż uciekła. Że może znowu zamknie się w sobie, przekonany, że każdy, kto obiecuje zostać, w końcu odchodzi. — Nie chciałam cię zostawić — wyszeptała przez łzy, choć nie było nikogo, kto mógłby ją usłyszeć. — Naprawdę nie chciałam.
Za oknem noc powoli bladła, ciemność traciła swoją głębię, a nad miastem pojawiały się pierwsze szare smugi poranka. Rezydencja widziana z zewnątrz wyglądała spokojnie i majestatycznie – jak dom, w którym wszystko znajduje się na swoim miejscu. Jak miejsce zbudowane z bogactwa, porządku i tradycji. Ale za tymi pięknymi murami serca ludzi rozpadały się po cichu. Poranek przyszedł powoli, bez pośpiechu. Najpierw rozjaśniły się dachy okolicznych budynków. Potem światło dotknęło ogrodu, mokrych liści, kamiennych schodów przed wejściem do rezydencji. Ptaki zaczęły śpiewać, zupełnie obojętne na ludzkie dramaty. Służba poruszała się ostrożnie po korytarzach, jakby dom nadal spał, choć prawda była taka, że tej nocy niemal nikt nie zaznał prawdziwego odpoczynku.
W sypialni Cihana różowy koc leżał częściowo zsunięty z łóżka. Powietrze było ciężkie, ale gorączka zdawała się nieco ustąpić. Cihan poruszył się niespokojnie. Jego palce zacisnęły się na pustej przestrzeni obok niego, jakby szukały czegoś, co jeszcze przed chwilą tam było. Otworzył oczy. Przez moment patrzył w sufit, nie rozumiejąc od razu, gdzie kończy się sen, a zaczyna rzeczywistość. Wspomnienia nocy wracały do niego fragmentami: szklanka wody, chłodne palce Hanser na jego czole, jej głos proszący, żeby wziął lekarstwo, dreszcze, koc, słowa Mine, ciepło czyjegoś ciała przy jego boku… Hanser! Odwrócił głowę. Miejsce obok niego było puste. Cihan zmarszczył brwi. Przez chwilę leżał nieruchomo, jakby czekał, że zaraz usłyszy jej kroki, że drzwi się otworzą, że Hanser wejdzie z tą swoją cichą troską ukrytą za spuszczonym wzrokiem. Ale pokój milczał.
Odrzucił koc gwałtowniej niż pozwalał mu stan zdrowia. Ból natychmiast przeszył jego ciało, zmuszając go do zaciśnięcia zębów. Mimo to podniósł się lekko na łokciu i rozejrzał po sypialni. — Hanser! — zawołał ochryple. Nikt nie odpowiedział. Na stoliku stał dzbanek z wodą. Obok leżała chusteczka, którą poprzedniej nocy otarła mu usta. Wszystko było na swoim miejscu, a jednak coś było nie tak. Brakowało jej obecności: tego cichego oddechu, tej delikatnej krzątaniny, tego spojrzenia, które nawet w milczeniu mówiło: „Jestem tutaj”. Cihan powoli usiadł, walcząc z zawrotem głowy. Jego dłoń przesunęła się po miejscu, gdzie spała Hanser. Pościel była już chłodna. To uderzyło go dziwnie mocno. Nie wiedział jeszcze, co się wydarzyło. Nie widział dłoni Mukadder zaciśniętej na ustach Hanser. Nie widział triumfu Beyzy. Nie słyszał oskarżeń, które spadły na dziewczynę w gabinecie. Wiedział tylko, że zasnął trzymając ją przy sobie, a obudził się sam. I w tej samotności, zimniejszej niż nocna gorączka, w jego sercu zaczęło narastać coś niepokojącego. Nie był to już dreszcz choroby – to był lęk. Cihan spojrzał w stronę drzwi, a jego twarz stwardniała mimo osłabienia. W jego oczach pojawiło się pytanie, które za chwilę miało wstrząsnąć całym domem: „Gdzie jest Hanser?”.