Panna młoda odc. 104: Szok! Wiadomo, kto ma sztuczny brzuch Beyzy!

Beyza przemierzała korytarz szybkim, niespokojnym krokiem. Jej obcasy odbijały się echem od chłodnej posadzki, a dłoń kurczowo zaciskała się na pasku torebki, którą wciąż trzymała przy brzuchu – jakby ten gest mógł ukryć prawdę.

— Gdzie on jest? — wyszeptała do siebie, zatrzymując się na moment. — Nikt nic nie mówi. Nikt się nie przyznaje… Jak to możliwe? Przecież to nie mogło tak po prostu zniknąć…

Rozejrzała się nerwowo, jakby odpowiedź mogła kryć się w spojrzeniach obcych ludzi.

Wtedy za jej plecami rozległ się znajomy, chłodny głos:

— Beyza…

Zamarła.

Powoli odwróciła się i zobaczyła Sinem. Stała kilka kroków dalej, wyprostowana, z twarzą napiętą i oczami pełnymi gniewu.

— Jak mogłaś? — powiedziała cicho, ale ostro, podchodząc bliżej. — Chodzisz tu spokojnie, jakby nic się nie stało.

Beyza uniosła brwi, próbując przybrać maskę niewinności.

— O czym ty mówisz?

— Doskonale wiesz, o czym. — Sinem zatrzymała się tuż przed nią. — To przez ciebie Cihan walczy teraz o życie.

Na ułamek sekundy coś przemknęło przez twarz Beyzy, ale zaraz zniknęło.

— To absurd. — Jej głos stwardniał. — To Hancer strzeliła. Nie ja.

— Nie zaprzeczaj — przerwała jej Sinem. — To ty powiedziałaś jej, gdzie jest broń.

Beyza prychnęła cicho, unosząc podbródek.

— Przestań powtarzać te bzdury. Ta dziewczyna manipuluje tobą, a ty bezmyślnie jej wierzysz. Nadal tu jest? Nadal kręci się pod szpitalem? Powinna dziękować losowi, że nie zgłosiłam jej na policję.

— Zostaw Hancer — ucięła ostro Sinem. — Lepiej pomyśl o sobie. Wiesz, co się stanie, jeśli mama Mukadder pozna prawdę?

Beyza zmrużyła oczy.

— Grozisz mi?

— Nie. — Sinem pokręciła głową powoli. — Ale tym razem nic nie zostanie zamiecione pod dywan. Wszyscy dowiedzą się, co zrobiłaś.

Odwróciła się, chcąc odejść.

— Sinem, poczekaj! — Beyza chwyciła ją za ramię.

Sinem zatrzymała się, ale nie odwróciła.

— Porozmawiajmy.

— Nie mamy o czym.

— Jeśli powiesz o tym mojej cioci, zapłacisz za to — syknęła Beyza, pochylając się bliżej.

Sinem odwróciła głowę i spojrzała na nią z lodowatym spokojem.

— Nie mam zamiaru jej tego mówić.

Beyza zmarszczyła brwi, zaskoczona.

— Więc co? Pójdziesz na policję?

Na ustach Sinem pojawił się cień uśmiechu.

— Nie. To byłoby zbyt proste.

Zrobiła krok bliżej.

— Ktoś inny cię rozliczy.

— Kto? — głos Beyzy lekko zadrżał. — Komu powiesz?

Sinem patrzyła jej prosto w oczy.

— Cihanowi.

Te słowo zawisło między nimi jak wyrok.

— Obudzi się — kontynuowała spokojnie. — Wstanie na nogi. A wtedy powiem mu wszystko. Że to ty wskazałaś Hancer broń. Że to ty pociągnęłaś za spust… tylko cudzymi rękami.

Beyza pobladła.

Sinem wyprostowała się, a w jej spojrzeniu nie było już wahania — tylko czysta, nieugięta determinacja.

Tym razem nikt jej nie powstrzyma.

A Beyza… wreszcie będzie musiała zapłacić za swoje gry.


Stan Cihana gwałtownie się pogorszył.

Drzwi oddziału intensywnej terapii otworzyły się z cichym sykiem, a lekarz wyszedł na korytarz. Jego twarz była napięta, a spojrzenie ciężkie – jakby każde słowo ważyło zbyt wiele.

— Proszę przygotować się na najgorsze — powiedział spokojnie, ale bez cienia złudzeń.

Te słowa uderzyły w zebranych jak zimny podmuch wiatru.

Mukadder zachwiała się. Jej dłonie zaczęły drżeć, a oczy zaszły łzami.

— Nie… nie… — wyszeptała, zanim osunęła się na podłogę.

W jednej chwili zrobiło się zamieszanie. Pielęgniarki podbiegły, ktoś krzyknął jej imię. Po chwili zabrano ją do sali i podłączona do kroplówki.

Korytarz opustoszał. Jedni wyszli na zewnątrz, inni szukali chwili oddechu, jakby ściany szpitala nagle zaczęły ich dusić.

Zostali tylko oni.

Beyza i Nusret.

Stali naprzeciwko zamkniętych drzwi, za którymi toczyła się walka o życie Cihana. Cisza między nimi była ciężka, lepka od napięcia.

Beyza przerwała ją jako pierwsza.

— Tato… co teraz zrobimy? — jej głos był cichy, drżący. — Co jeśli on naprawdę… umrze? Boże, nie pozwól na to…

Nusret westchnął z irytacją, nawet na nią nie patrząc.

— Przestań się teraz nad nim rozczulać.

Beyza spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Jak możesz tak mówić?

W końcu odwrócił się w jej stronę. W jego oczach nie było współczucia — tylko chłodna kalkulacja.

— Zamiast płakać nad Cihanem, powinnaś płakać nad nami.

— Nad nami? — powtórzyła, zdezorientowana.

— Naprawdę nie rozumiesz? — nachylił się lekko, ściszając głos. — Załóżmy, że dziś umrze. Kto jest jego żoną?

Beyza zamarła.

— …Hancer.

— Właśnie. — Nusret skinął głową. — A kto dostanie wszystko?

Milczenie było odpowiedzią.

— Ona — dokończył za nią. — A ty? Zostaniesz z niczym. Siedem lat… siedem lat poświęciłaś temu mężczyźnie. I co z tego masz?

Beyza odwróciła wzrok, jakby nie była w stanie tego słuchać.

— Nawet ta twoja fałszywa ciąża nic nie zmieni — ciągnął dalej bez litości. — Myślisz, że sąd tego nie sprawdzi? Zażądają badań DNA. I wtedy wszystko się posypie.

— Więc co mamy zrobić? — zapytała bezradnie, czując, jak grunt usuwa jej się spod nóg.

Nusret rozłożył ręce w geście rezygnacji.

— Na tę chwilę? Nic. Możemy tylko pożegnać się z tymi siedmioma latami. — Jego głos stwardniał. — Wszystkie przysługi, które wyświadczyłem Mukadder, pójdą na marne.

Beyza spojrzała na niego z bólem.

— Naprawdę myślisz, że to ma dla mnie teraz znaczenie? Jeśli Cihan umrze…

— Dla mnie ma — przerwał jej ostro. — Życie toczy się dalej. Ludzie umierają, ale interesy zostają.

Zrobił krok bliżej.

— Posłuchaj mnie uważnie. Żałoba mija, ale tego, co stracisz, nigdy nie odzyskasz. A my już jesteśmy po uszy w kłopotach.

Beyza przełknęła ślinę.

— Jakich kłopotach?

— W wielkich. — Jego głos stał się jeszcze cichszy. — Sfałszowaliśmy wyniki badań. To nie jest drobnostka. Jeśli nas pozwą, przegramy. Bez dyskusji.

Powietrze jakby zgęstniało.

— Boże… — Beyza oparła się o ścianę, przymykając oczy. — Dlaczego wszystko obraca się przeciwko nam?

Nusret spojrzał na nią surowo.

— Bo popełniamy błędy.

Krótka pauza.

— Zamiast rozwiązywać problemy, tylko je maskujemy. Szukamy łatwych wyjść, zamiast wyrwać je z korzeniami.

Oczy Nusreta zalśniły chłodno — miał już plan. I nie było w nim miejsca na skrupuły.


Po podaniu kroplówki Mukadder powoli odzyskiwała przytomność. Jej oddech wciąż był nierówny, a twarz nienaturalnie blada, jakby w jednej chwili postarzała się o lata. Leżała nieruchomo, wpatrzona w sufit, jakby szukała tam odpowiedzi, których nikt nie był w stanie jej dać.

Drzwi sali uchyliły się cicho. Nusret wszedł do środka i bez słowa przysunął krzesło bliżej łóżka. Usiadł ciężko, splatając dłonie, przez chwilę przyglądając się siostrze w milczeniu.

— Jaki smutny los nas spotkał, bracie… — odezwała się w końcu Mukadder. Jej głos był słaby, drżący. — Tym razem tego nie uniosę. Jeśli coś stanie się mojemu Cihanowi… życie stanie się dla mnie karą.

Zamknęła oczy, a po jej policzku spłynęła łza.

— Błagam cię — wyszeptała. — Jeśli on umrze… zabij mnie.

Nusret drgnął, jakby te słowa naprawdę go dotknęły — choć tylko przez ułamek sekundy.

— Siostro, na Boga… nie mów tak — odpowiedział, marszcząc brwi.

Mukadder pokręciła głową.

— Ty jesteś silny. Zimny. Poradzisz sobie. — Jej głos się załamał. — Ale ja nie. Nie potrafię żyć z takim bólem. Nie potrafię oddychać, wiedząc, że moje dziecko nie żyje.

Spojrzała na niego błagalnie.

— Zrób dla mnie jeszcze jedną rzecz, Nusrecie. Jeśli coś stanie się mojemu synowi… w tej samej chwili uwolnij mnie od tego życia.

Nusret odchylił się lekko. Jego spojrzenie stwardniało.

— Mukadder Develioğlu, którą znam, nigdy nie mówi takich rzeczy — powiedział chłodno. — Naprawdę mnie rozczarowujesz, siostro.

Jej oczy zapłonęły bólem.

— Jestem matką. Moje serce płonie… Nie mam już siły, Nusrecie.

Zapadła cisza.

Nusret pochylił się ku niej, a jego głos stał się cichszy, bardziej wyważony — niemal niebezpiecznie spokojny.

— Chcesz umrzeć, żeby uciec od cierpienia, ale pomyśl dobrze. — Zrobił krótką pauzę. — Co przyniosłoby ci większą ulgę? Śmierć… czy sprawiedliwość?

Mukadder spojrzała na niego zdezorientowana.

— Cihan umrze, ty umrzesz… i co dalej? — kontynuował. — Zostawisz tę kobietę wolną? Pozwolisz jej chodzić po waszym domu, oddychać waszym powietrzem, korzystać z waszego majątku?

W jego oczach pojawił się chłodny błysk.

— Kto powinien umrzeć? Ty czy kobieta, która doprowadziła twojego syna do tego stanu?

Słowa zawisły w powietrzu jak wyrok.

Mukadder powoli zamknęła oczy, a potem skinęła głową. Kiedy znów je otworzyła, nie było w nich już rozpaczy — tylko twarda, lodowata determinacja.

— Jeśli coś stanie się mojemu synowi… — powiedziała cicho, ale stanowczo — zabij ją natychmiast, Nusrecie.

Nusret nie odpowiedział. Nie musiał.

Za drzwiami, w półmroku korytarza, stała Beyza.

Nie oddychała niemal wcale.

Każde słowo, które padło w tej sali, wbiło się w nią jak ostrze.

Jej palce zacisnęły się na framudze drzwi.

W oczach zalśniło coś nowego. Coś ostrego. Niebezpiecznego.

Powoli cofnęła się o krok.

Nie może czekać.

Nie może pozwolić, by wszystko wymknęło się spod kontroli.

Hancer musi zniknąć.

Natychmiast.

I tym razem… Beyza była gotowa zrobić wszystko.


Nazajutrz Hancer z trudem wyprasza u lekarki zgodę na krótką wizytę przy łóżku Cihana. Gdy tylko Mukadder się o tym dowiaduje, wpada w furię i bez wahania wyrzuca synową za drzwi sali. Melih staje w obronie Hancer.


Kwadrans później na szpitalnym korytarzu panowała ciężka, przytłumiona cisza. Melih stał z rękami skrzyżowanymi na piersi, napięty, wciąż wzburzony tym, co wydarzyło się przed chwilą. Obok niego Fadime i Gülşüm wymieniły zaniepokojone spojrzenia.

— Melihu, rozumiem cię — odezwała się cicho Fadime, kładąc dłoń na ramieniu syna. Jej głos był łagodny, ale stanowczy. — Wiem, że nie znosisz niesprawiedliwości. Ale nie możesz aż tak się w to angażować. To nie są nasze sprawy.

Melih odwrócił głowę, w jego oczach wciąż tlił się gniew.

— Mamo, widziałaś, co się tam wydarzyło? — powiedział z naciskiem. — Ona rzuciła się na Hancer jak na wroga. Gdybym nie zareagował, nie wiem, do czego by doszło.

Gülşüm westchnęła cicho i pokręciła głową.

— To i tak jeszcze nic — wtrąciła, spoglądając na niego znacząco. — Nie masz pojęcia, ile ta dziewczyna już wycierpiała. Od chwili, gdy tylko przekroczyła próg rezydencji, spotyka ją jedno nieszczęście za drugim.

Fadime przytaknęła ciężko.

— A teraz, gdy pani Beyza jest w ciąży… wszystko jeszcze się pogorszyło. — Jej głos stwardniał. — Wróciła i wywróciła życie całej rezydencji do góry nogami.

Na ustach Gülşüm pojawił się lekki, trudny do odczytania uśmiech.

— Cóż… — powiedziała powoli — życie potrafi być przewrotne. W każdym nieszczęściu kryje się czasem szansa. Kto wie… może niebawem to właśnie Hancer stanie się w tej rezydencji kimś niezastąpionym.

Fadime zmarszczyła brwi, wyraźnie zaskoczona.

— O czym ty mówisz?

Gülşüm wzruszyła lekko ramionami.

— O niczym konkretnym… — rzuciła wymijająco. — Pójdę do łazienki.

Odwróciła się i odeszła szybkim krokiem, zostawiając ich w jeszcze większym zdziwieniu.


Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi łazienki, jej twarz natychmiast się zmieniła. Zniknęła uprzejmość — zastąpiło ją skupienie i błysk wyrachowania.

Rozejrzała się uważnie, upewniając się, że jest sama. Potem powoli rozsunęła torebkę.

Z jej wnętrza wyjęła przedmiot o cielistym kolorze i zaokrąglonej formie.

To… proteza ciążowego brzucha Beyzy!

— Proszę, proszę… — szepnęła z lekkim niedowierzaniem, unosząc brwi. — Ojciec i córka oszukali wszystkich. Nawet diabeł nie wymyśliłby czegoś takiego.

Podniosła wzrok i spojrzała w lustro. Jej odbicie patrzyło na nią z chłodnym spokojem.

Przez chwilę milczała.

— Gdybym pokazała to teraz — mruknęła pod nosem — wybuchłby chaos.

Na jej ustach pojawił się powolny uśmiech.

— A to oznacza, że wpadło mi w ręce coś znacznie cenniejszego.

Ścisnęła protezę mocniej.

— Klucz do bogactwa…

Jej oczy zwęziły się lekko.

— Tylko komu go sprzedać? — dodała cicho. — Kto zapłaci najwięcej za prawdę o pani Beyzie?

W łazience znów zapadła cisza.

Ale tym razem była to cisza pełna niebezpiecznych możliwości.


Gülşüm wyszła na zewnątrz, gdzie powietrze – choć świeższe – wcale nie przynosiło ulgi. Słońce stało wysoko, ale jego światło wydawało się obce wobec ciężaru, który wisiał nad tym miejscem.

Dostrzegła Hancer siedzącą samotnie na ławce. Dziewczyna miała splecione dłonie i spuszczony wzrok, jakby każda myśl ciążyła jej bardziej niż poprzednia.

Gülşüm podeszła powoli i usiadła obok niej.

— To nie moja sprawa, ale… — zaczęła ostrożnie, zerkając na nią z ukosa — wciąż tu jesteś.

Hancer nie podniosła od razu głowy.

— Nie odejdę — odpowiedziała cicho. — Dopóki Cihan się nie obudzi.

W jej głosie nie było wahania. Tylko zmęczenie i upór.

Gülşüm westchnęła lekko.

— Mówię to ze względu na panią Mukadder.

Hancer w końcu spojrzała przed siebie, gdzieś w dal.

— Cokolwiek powie… ma do tego prawo. — Jej głos zadrżał. — To jej jedyny syn. A teraz… leży tam przeze mnie.

Przełknęła ślinę, jakby każde kolejne słowo raniło ją od środka.

— Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to boli. Oddałabym wszystko, żeby cofnąć czas. Wszystko. — Jej dłonie zacisnęły się mocniej. — Nawet gdybym miała spędzić sto lat zamknięta w jednym pokoju, nie sięgnęłabym po ten pistolet.

Zapadła krótka cisza.

— Może… — odezwała się Gülşüm, ważąc słowa — może jeszcze nie wszystko stracone. Może da się to jakoś naprawić.

Hancer pokręciła powoli głową.

— Nie wiem. Już nie wiem niczego. — Zamknęła oczy na moment. — Czekam tylko na jedno. Niech Cihan się obudzi, a potem odejdę.

Gülşüm spojrzała na nią uważniej.

— Odejdziesz?

— Tak. — Hancer skinęła lekko głową. — Nie możemy być razem, kiedy Beyza nosi jego dziecko.

Słowa zawisły w powietrzu.

Gülşüm zawahała się na ułamek sekundy.

— A gdyby… — zaczęła ostrożnie — gdyby nie była w ciąży? Gdyby okazało się, że jest tylko jego byłą żoną… czy wtedy też byś odeszła?

Hancer spojrzała na nią zaskoczona.

— Byłabym zła. Bardzo. Za to, że mnie okłamał. — Jej głos złagodniał. — Ale… w takim przypadku miłość by wygrała.

Na chwilę się zamyśliła.

— Ale teraz… — dodała ciszej — Beyza nosi w sobie coś, co jest ważniejsze niż ja. Moja miłość przy tym nic nie znaczy.

Gülşüm przyglądała jej się przez chwilę w milczeniu.

Powiedziałabym ci prawdę… — przemknęło jej przez myśl. — Ale jesteś zbyt naiwna.

Jej spojrzenie stwardniało.

Beyza jest sprytna. A jej ojciec jeszcze bardziej. Wyjdą z tego bez szwanku, a winę zrzucą na ciebie. Sama sobie z nimi nie poradzisz.

Kącik jej ust drgnął niemal niezauważalnie.

Potrzebuję kogoś silniejszego. Kogoś, kto ich przyciśnie. Kto zmusi ich do prawdy… i przy okazji sowicie mnie wynagrodzi.

Wstała powoli z ławki.

— Dobrze, pójdę już — powiedziała zwyczajnym tonem, jakby nic się nie wydarzyło. — Pani Beyza poprosiła mnie o coś do picia.

Hancer skinęła tylko głową.

Gülşüm odeszła, a jej kroki były lekkie — jak u kogoś, kto właśnie znalazł coś znacznie cenniejszego niż odpowiedź.

Za jej plecami Hancer została sama.

Z nadzieją, która powoli gasła.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 75.Bölüm i Gelin 76.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Related Posts

Drie gewonden, onder wie kind, bij botsing tussen twee auto’s

Rond 09.00 uur heeft bij de afrit van de Maas en Waalweg richting Scharenburg in Druten een verkeersongeval plaatsgevonden. Bij het incident raakten twee auto’s zwaar beschadigd….

Gniew Ciana i szokująca prawda o żyjącym dziecku doprowadziły rodzinę na skraj całkowitego rozpadu. Mówią, że największy ból zadają ci, którym ufamy najbardziej. Wyobraźcie sobie rozpacz ojca,…

Jongen (15) overleden na bedrijfsongeval in Nederweert

In de Limburgse plaats Nederweert is een 15-jarige jongen om het leven gekomen bij een bedrijfsongeval. Dat heeft de arbeidsinspectie bevestigd na berichtgeving van L1 Nieuws. Val van dak…

Hélène Hendriks geraakt door uitspraken Jack van Gelder: ‘Dit doet pijn’

Hélène Hendriks (45) heeft gereageerd op de kritiek van haar oud-collega Jack van Gelder (75). Hij liet weten teleurgesteld te zijn in Hélène, omdat zij niks meer…

Jongen (15) overleden na bedrijfsongeval in Nederweert

In de Limburgse plaats Nederweert is een 15-jarige jongen om het leven gekomen bij een bedrijfsongeval. Dat heeft de arbeidsinspectie bevestigd na berichtgeving van L1 Nieuws. Val van dak…

Jort Kelder kritisch op Bontebal: dit zegt hij over de politiek

Dat soort discussies raken vaak een gevoel dat bij veel Nederlanders leeft: wordt er in Den Haag nog echt bestuurd, of vooral vergaderd? Tijdens een opvallend moment…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *