
Słowa, które bolą. Hancer i Cihan coraz dalej od siebie. „Panna młoda” Odc. 80.
Pokój Hancer tonął w chłodnych odcieniach fioletu i szarości. Wzorzysta tapeta, eleganckie meble i starannie ułożone książki na półkach tworzyły pozór spokoju — pozór, który prysł w chwili, gdy drzwi otworzyły się z impetem.
Mukadder weszła do środka szybkim, zdecydowanym krokiem. Jej twarz była napięta, a spojrzenie ostre jak brzytwa. Zatrzymała się naprzeciwko Hancer, mierząc ją od stóp do głów z jawną pogardą.
– To ty za tym stoisz! – rzuciła bez wstępu, a jej głos przeszył ciszę jak uderzenie bicza. – Sprawiłaś, że mój syn przestał szanować starszych!
Hancer zamarła, splatając dłonie na wysokości brzucha. Nie cofnęła się, choć w jej oczach pojawił się cień niepokoju.
– Poszedł na wojnę ze swoim wujkiem! – kontynuowała Mukadder, robiąc krok bliżej. – Rozbiłaś naszą rodzinę. Ale nie łudź się… nie wygrasz.
Hancer milczała.
– Myślisz, że Cihan cię nie opuści? – uśmiechnęła się chłodno. – Znam swojego syna. Ulegnie… prędzej czy później. A ty zostaniesz sama.
Na moment zapadła ciężka cisza.
– Wiesz, co powiedział? – dodała ciszej. – Że nie jesteś na jego poziomie. Tyle dla niego znaczysz.
Te słowa uderzyły w Hancer mocniej niż krzyk.
Mukadder wyprostowała się i wskazała na łóżko.
– Dla niego nie istniejesz poza tym łóżkiem. A ja chcę wnuka. Ale nie od ciebie.
Wyjęła coś z torebki i wcisnęła Hancer w dłoń niewielkie opakowanie.
– Bierz je. Regularnie.
Hancer spojrzała w dół. Tabletki antykoncepcyjne. Jej palce zacisnęły się mimowolnie.
– Nie pozwolę, żebyś związała mojego syna dzieckiem.
Mukadder odwróciła się gwałtownie i wyszła. Drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem.
Cisza była niemal ogłuszająca.
Hancer stała jeszcze chwilę nieruchomo, po czym powoli usiadła na łóżku, wciąż ściskając opakowanie w dłoni.
Drzwi uchyliły się ponownie. Sinem weszła cicho do środka.
– Hancer… wszystko w porządku? Czy mama Mukadder coś ci powiedziała?
Hancer uśmiechnęła się słabo.
– Nic nowego. Po prostu przypomniała mi, gdzie jest moje miejsce.
Sinem zmarszczyła brwi i położyła dłoń na jej ręce.
– Nie mów tak.
– Ona mnie nie chce. Uważa, że nie jestem godna Cihana. I może ma rację…
Sinem pokręciła głową, ale Hancer mówiła dalej:
– Od początku to czułam… jakbyśmy byli z dwóch różnych światów. A potem wszystko się zmieniło. On się zmienił… Zobaczyłam w nim kogoś ciepłego, troskliwego. Kogoś, kto był gotów walczyć o mnie.
Zamilkła na chwilę.
– Ale to nie była prawda. Zakochałam się… w swoim kacie.
Sinem ścisnęła jej dłoń.
– Mówiłam ci… Cihan jest skomplikowany. Ale to dobry człowiek. Musisz być cierpliwa i nie słuchać innych.
Hancer uniosła spojrzenie, w jej oczach czaił się ból.
– Właśnie to mnie boli najbardziej. Jego słowa.
– Co ci powiedział?
– Nie do mnie… słyszałam, jak rozmawiał z matką. Powiedział, że nie jestem na jego poziomie.
Słowa zawisły w powietrzu. Tym razem bez złudzeń.
Salon w domu Nusreta był przestronny i elegancki, ale napięcie było wyczuwalne. Yonca siedziała sztywno, a Beyza wyglądała na opanowaną i chłodną.
– Co się dzieje? Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś? – zapytała Yonca.
– Porozmawiamy, kiedy tata wróci.
Do środka wszedł Nusret.
Rozmowa szybko zeszła na temat ciąży. Yonca przyznała, że chciała ją przerwać, ale została powstrzymana.
– I dobrze – stwierdził Nusret.
Beyza wyjawiła swój plan:
– Ty urodzisz dziecko, a ja będę udawać, że jestem w ciąży.
Yonca zamarła.
– To dziecko jest moją szansą. Wrócę do rezydencji.
Plan był prosty, ale bezwzględny.
Po chwili wahania Yonca zgodziła się, choć wyraźnie przerażona. Nusret obiecał jej bezpieczeństwo.
Gdy Beyza wróciła, była zadowolona.
– To dziecko będzie naszym zbawieniem. Wrócę tam i zemszczę się na nich.
Nusret ostudził jej zapał.
– Jeśli chcesz wygrać, musisz grać mądrze. To oni mają błagać, żebyś wróciła.
Beyza zrozumiała. Plan stał się bardziej wyrachowany.
W sypialni Hancer siedziała pogrążona w myślach. Do pokoju wszedł Cihan z bukietem czerwonych róż.
– Może sprawią, że się uśmiechniesz.
Hancer podziękowała, ale była wyraźnie zdystansowana.
Cihan próbował się do niej zbliżyć, mówił o przyszłości, o rodzinie i dziecku.
To wystarczyło, by coś w niej pękło.
Odsunęła się gwałtownie i uciekła do łazienki.
Tam, stojąc przed lustrem, trzymała w dłoni tabletki. Słowa Mukadder wciąż brzmiały jej w głowie.
Wyjęła jedną. Wystarczyło ją połknąć.
Wtedy wszedł Cihan.
– Jakie lekarstwo wzięłaś?
– Witaminy – skłamała szybko.
Ukryła opakowanie. Cihan zauważył jej bladość i zaproponował pomoc, ale odmówiła.
Gdy wrócili do sypialni, próbował ją pocałować. Hancer znów się odsunęła.
– Wystarczy, że powiesz, że nie chcesz – powiedział spokojnie.
Tłumaczyła się przeziębieniem, ale Cihan nie uwierzył.
– Nie szukaj wymówek.
– A ty? Jak mnie traktujesz? – odpowiedziała.
Wybuchła kłótnia.
Hancer zarzuciła mu, że nie traktuje jej jak rodziny. Przywołała jego słowa.
Cihan stracił cierpliwość.
– Mam za sobą siedem lat cierpienia. Nie każ mi tego żałować.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Hancer została sama. Zadzwoniła do niej Derya.
Rozmowa szybko zeszła na kłótnię i możliwy rozwód.
– Co ty zrobiłaś? – zapytała ostro Derya.
Hancer przyznała, co usłyszała: że nie jest na jego poziomie.
– To nie kłamstwo – odpowiedziała chłodno Derya. – On ma wszystko. A ty?
Te słowa zabolały jeszcze bardziej.
Derya jednak kontynuowała:
– Czy powiedział, że cię nie kocha? Czy się od ciebie odsuwa?
Hancer przyznała, że próbował się do niej zbliżyć.
– To przestań go odpychać. Inaczej go stracisz.
Rozmowa się zakończyła, zostawiając Hancer z jeszcze większymi wątpliwościami.
Wieczorem Hancer leżała w łóżku, nie mogąc zasnąć.
Usłyszała kroki. Udawała, że śpi.
Cihan wszedł cicho, usiadł obok i przez chwilę na nią patrzył.
Wyciągnął rękę, ale zatrzymał się w pół ruchu.
Położył się obok, zostawiając między nimi dystans.
W ciszy byli tak blisko… a jednocześnie dalej od siebie niż kiedykolwiek.